Tereny dawnej Libii.
Rok i data nieznana. Około 6 lat od uderzenia komety.
Temperatura: 9°C
Godzina 3:22
Grobowiec.
Omiótł wzrokiem pobliskie wydmy. Nic, co zdradzałoby jakąkolwiek obecność jakichkolwiek zwierząt, ludzi, maszyn, czy chociażby roślin. Potem przeniósł wolno wzrok na wejście do jamy. Szczątki obmurowania wystawały z piachu pustyni niczym wyłamane zęby jakiejś pradawnej istoty. Jedyną rzeczą nie na miejscy był przerdzewiały wrak jakiegoś samochodu terenowego. Z którego nie zostało nic poza stertą rdzy, która niegdyś była blokiem silnika i jednego zdartego do gołej blachy siedzenia, również strawionej już niemal doszczętnie przez rdzę.
Z wnętrza jamy dobiegła kolejna, ledwie wyczuwalna wibracja. Obrócił łeb bokiem do dziury i zamknął oczy. Chciał poczuć. Poczuć to, co od tysięcy lat siedziało w swoim więzieniu. Teraz, obrzędy, które więziły to coś w środku zaczęły tracić moc.
Wszyscy na ich osiedlu odczuwali te zmiany. Najpierw wszyscy przestali mieć sny. Potem zwierzęta zaczęły padać, cielęta rodziły się martwe, albo potwornie zniekształcone.
Z dziećmi było podobnie. Teraz kilka osób znikło. Ślady prowadziły na pustynię. W kierunku pewnych miejsc gdzie nie powinno się chodzić. Przebywanie tam powodowało poważne poparzenia skóry i śmierć w bólach i własnych rzygach.
Pomijając to wszystko, generalnie jako osoba trochę bardziej uzdolniona niż całe rzesze ludzi i nie tylko, odczuwał te wibracje nieco dokładniej. Można było przez to zrozumieć, że odczuwał z tego tytułu niemały dyskomfort.
Wyciągnął latarkę z rudej, skórzanej torby przewieszonej przez ramię i kilkoma uderzeniami zmusił ja do działania. Wnętrze jamy zalało ostre żółte światło.
Musiał przyznać, że jest całkiem zaskoczony. Jak na dziurę w środku pustyni było w niej zatrważająco mało piachu. Poświecił w głąb, ale idący pod ostrym kątem w dół korytarz miał dobre trzydzieści metrów jak nic. Latarka miała o wiele za mały zasięg do spenetrowania większości ciemnych pomieszczeń. O tego typu dziurach nie wspominając.
Stanął na krawędzi i zamieszał piach stopą. Pod cienką warstewką piachu był stopień. Uśmiechnął się do siebie w myśli i zaczął ostrożnie schodzić w dół.
Ostrożne schodzenie skończyło się jakieś parę metrów dalej, kiedy to wraz z, mniej więcej, bardziej mniej niż więcej, toną osypanego piachu znalazł się na samym dole. Wypluł piach klnąc pod niebiosa w trzech językach, dwóch dialektach i pięciu narzeczach. Odkopał latarkę, która teraz z pyłu unoszącego się w powietrzu wytworzyła pomarańczowy stożek, który kończył się na niskim suficie. W końcu parskając i tarmosząc koszulę pozbył się większości piasku z garderoby. Pył zaczynał go dusić. Okrył sobie nos wpierw wytrzepaną chustą. Kilka pierwszych oddechów zawierało pył, który niestety nie dał się strzepać z chusty.. Potem było już znośnie. Kieszeni spodni nie było sposobu wywrócić na lewą stronę bez ich zdejmowania, dlatego wyrzucił z nich po sporej garści piachu i wstał ze zdziwieniem uderzając głową w kamienne sklepienie. Usiadł z wrażenia, lekko zszokowany potężnym bólem.
Pomacał iście po doktorsku czubku głowy. Nabił sobie potężnego guza, ale poza tępym pulsowaniem nie było nic. Najważniejsze, że się nie zranił. Kucnął i wyciągnął dłoń nad siebie. Do sufitu miał jakieś niespełna dwadzieścia centymetrów.
Nie spodziewał się, że komnata było aż niska, znając starożytnych budowniczych miała pewnie kiedyś trzy albo i więcej metrów w przedziale sufit podłoga. Teraz piach znacznie skrócił ten dystans do jakiegoś metra. Pomodlił się w duchu, by tego piachu było mniej. Dowlókł się do ściany i opierając się o nią plecami doszedł do rogu pomieszczenia. Im dalej od korytarza tym robiło się więcej miejsca od piachu do sufitu. W końcu mógł wstać i lekko zgarbiony iść przez pył ciągle unoszący się w powietrzu. Drugi korytarz był jakieś cztery metry od rogu. Był równie wysoki, co komnata i co ważniejsze było w nim niewiele piachu. I o wiele mniej pyłu.
Poświecił przed siebie. Końca widać nie było. Za to na ścianach pojawiły się zdobienia. Prawie zatarte przez ząb czasu. Ale gdzieniegdzie widać było jeszcze jakieś postacie czy niezrozumiałe hieroglify i tym podobne bazgroły. Nie było praktycznie, czemu poświęcać uwagi. Ściany były idealnie równe, tylko nieco chropowate, ale to można było dopiero wyczuć dotykiem. Prawdopodobnie polerowany wapień, albo jakiejś wyjątkowej jakości piaskowiec. Równie dobrze ściany mógłby być z piaskowca, a przykryte polerowanymi kamiennymi płytami. Które w przypływie chęci umilenia niebytu denatowi zostały pokryte jakimiś obrazkami, prawdopodobnie wychwalały jego życie, choć równie dobrze mogła być to religijna paplanina.
Ruszył krok za krokiem przed siebie ciągle trzymając się lewej ściany. Po kilkunastu metrach widoczność stała się niemal idealna. Odsunął chustę z nosa. W nozdrza uderzył go typowy zapach podziemia. Ten był tylko trochę inny, gdyż był chyba całkowicie pozbawiony wilgoci. Zapach starego kurzu i piachu oraz esencji starości niemal dusił. Niemal. Więc dało się to przetrwać.
Stąpał ostrożnie. Słyszał o pułapkach, a także, dlatego, że każdy pewniejszy krok wzniecał obłoczek kurzu. Liczył kroki.
Po stu siedmiu krokach doszedł do ozdobnego portalu. Kiedyś był czymś obity, o czym pokazywały dziury i resztki zaprawy. Wyrwano z niego płytki i pewnie jakieś ozdobne metalowe motywy.
Zaniepokoiło go to. Być może to rabusie spowodowali to, co się dzieje. Poświecił na podłogę. W kurzy były odciśnięte ślady obutych stóp. W tym jednych, które musiały należeć do dziecka, lub karła. Ślady były niewiele większe od jego dłoni. Podniósł wzrok i wolno wszedł po śladach do komnaty. To, że ktoś tu był miało swoją zaletę. Jeżeli stał tam i nie uruchomił niczego to znaczyło, że ścieżka była czysta. Szedł więc po śladach.
Komnata, przez którą przechodził była zdemolowana. Po podłodze walały się skorupy wystające z grubego na trzy palce kurzu. Płyty na ścianach były pozbijane i leżały zakopane w kurzu niczym kry płynące rzeką. W rogu widać było kilka skrzyń, ich wieka zostały wyłamane a zawartość splądrowana. Miało to miejsce pewnie tysiąc lat temu, może więcej może mniej. Jedynymi śladami były te, którymi właśnie podążał. A nie szły w kierunku skrzyń. Nagle zamarł z przerażenia. Zdał sobie sprawę z jednej rzeczy.
Właściciele tych śladów... Nigdy nie opuścili tego grobu.
Uspokoił się w miarę szybko. Więc jednak były tutaj pułapki. Śmiało mógł powiedzieć, że nie mogło im się tutaj aż tak spodobać by nie wychodzić. Aczkolwiek, taka możliwość też istniała rzucił sobie sarkastycznie w myślach i z większą ostrożnością ruszył przed siebie.
Za zdemolowaną komnatą była jeszcze jedna.
Ukucnął i delikatnie zamieszał kurz palcami; kilka centymetrów. Koło czterech grubości palca. Więc kurz był antyczny. Ci, którzy zostawili tutaj ślady nie mogli obrabować grobu.
Rozejrzał się.
Pod ścianami były kamienne kolumny. Ich żłobione ozdoby zachowały dawną świetność. Ukazywały ją teraz w świetle latarki. Pomiędzy kolumnami kryły się rzeźby, podszedł do pierwszej i oświetlił ją. Była, co najmniej dziwna. Ciało zdawało się być typowo ludzkie. Podświadomie czuł, że to złudzenie. W tym ciele było cos nieludzkiego. Postura była jakby inna. Podniósł latarkę na wysokość oczu i spojrzał na twarz posągu. Niemal natychmiast odczuł nieprzyjemny dreszcz. Twarz wyrażała cierpienie i nienawiść. Rzeźbiarz, który ją wykonał musiał być mistrzem. Utrwalił emocje tak wyraźnie, że w tej chwili miało się wrażenie, że przedstawiona postać zacznie wyć z bólu. Przypatrzył się dokładnie ciału. Na szyi miał metalowy naszyjnik, wyglądał jak pędy cierniowe. Pomiędzy owiniętymi na szyję motywami naszyjnika widać było, że postać miała poderżnięte gardło. Dalsze oględziny w dół wykazały, że na ciele uwieczniono blizny i rany. Najwięcej w okolicy brzucha i na plecach, w okolicach nerek.
Nieco zdegustowany popatrzył na najbliższy posąg po prawej stronie. Kobieta miała na szyi sznur wisielczy, zmiażdżoną grdykę i wywalony na wierzch język. Koniec sznura miała zatknięty do prawej dłoni, jakby powiesiła się na wyciągniętej ręce.
Zignorował uczucie niepokoju i ruszył dalej starając się nie patrzeć na mijane rzeźby. Dosyć trafnie odgadł, że niegdyś to musiała być świątynia. A nie grobowiec jak początkowo sądził. Świątynia jakiegoś bożka. Głupich wyznawców. Albo fanatyków. Jeden pies.
Zadrżał. Chłód w tych komnatach stawał się odczuwalny mimo kurtki. Musiał się ruszać i szybko załatwić, co miał do załatwienia. Im szybciej wyjdzie tym lepiej.
Spojrzał na posadzkę. Ślady w odbitym kurzu biegły dalej przed siebie. Podniósł latarkę wyżej i spojrzał na sufit. Nie zobaczył niczego poza równomiernymi kreskami, które wykazywały, że na korytarz kładziono płyty by wykonać prosty sufit.
Wyciągnął sztylet z pochwy przymocowanej do kostki i ostrożnie próbował wsunąć ostrze pomiędzy płyty. Zgodnie z oczekiwaniami nic poza czubkiem ostrza nie weszło między płyty. Poczuł się nieco pewniej i wsunął sztylet z powrotem i krok za krokiem szedł dalej.
Ostatnia komnata wyglądała całkiem dziwnie. Od ścian podłoga była jakieś dwa metry, po czym wnętrze komnaty stawało się zbiornikiem. Głębokim na jakieś cztery metry. Poświecił w głąb. Widział, do jakiego poziomu był kiedyś napełniony zbiornik. Kamień około pięciu centymetrów od krawędzi był przedzielony ciemną kreską. Wszystko niżej było identycznego koloru. Przejechał palcem po krawędzi linii. Była chropowata.
Przeniósł światło latarki na dno zbiornika. Wszędzie na jego dnie było widać jakby płaty papieru, lub cienkiego kartonu ciemnobrązowej barwy. Obejrzał uważnie każdy róg zbiornika, ale nic więcej tam nie było. Spojrzał na ściany w poszukiwaniu jakichś ozdób. Oprócz uchwytów na pochodnie nic tam nie było. Pochodni również.
Wstał i zaczął iść przy ścianie, jak najdalej od krawędzi zbiornika. Przy leżącej na przeciw od wejścia do komnaty ścianie była nisza. Oświetlił ją, patrząc uważnie na czarny otwór. Okrągły, przypominający tubę. Ten szyb prowadził metr do przodu i potem kominem do góry. Widać było wgłębienia w kamieniu, oparcie dla nóg i miejsca, które można było chwycić rękoma. Schylony wszedł do tunelu i podszedł do drabinki.
Poświecił w górę. Komin miał tylko kilka metrów wysokości.
Wsadził latarkę w za pas tak by świeciła do góry i chwycił się pierwszego uchwytu. Wpasował stopę w jeden z wyższych otworów. Szybko okazało się, że to było trudniejsze niż mu się zdawało. Ludzie w czasach, gdy wykonano tę budowlę byli krępi i niskiego wzrostu. Oparł się plecami o ścianę i tylko odpychając się nogami od otworów i wypustek na ścianie doszedł do samej góry. Metoda ta miała jedną wadę. U góry kończyło się wspinaczkę pod kątem czterdziestu pięciu stopni. I oparty o ścianę plecami z nogami na krawędzi.
Poradził z tym sobie. Jak skończył zapisał sobie w myślach by na przyszłość najpierw DOKŁADNIE pomyśleć zanim coś zrobi. Wyciągnął latarkę zza pasa i oświetlił pomieszczenie. W przeciwieństwie do niższego poziomu było tutaj niemal nieskazitelnie czysto. Na ścianach zachowały się strzępy czegoś, co kiedyś musiało być gobelinem. Na środku pomieszczenia. W równych odległościach od ścian stał długi kamienny stół. Było na nim trochę poprzewracanej glinianej zastawy. Podszedł i wziął ze stołu niewielki płaski talerz. Otarł go z kurzu, to, co zostało zdmuchnął i poświecił na niego latarką. Był ozdabiany misternymi czarnymi, albo granatowymi zawijasami. W tym świetle ciężko było dokładnie rozpoznać kolor. Pokiwał głową na boki i odłożył talerz z powrotem na miejsce, z którego go wziął. Kucnął i poświecił pod stół. Stały pod nim niskie drewniane stołki i jedna długa drewniana ława. Wyciągnął stołek i postawił na nim nogę, po czym mocno nacisnął. Trzasnęło, chrupnęło i stołek rozpadł się na trzy części. Był strasznie zwietrzały. Poza tym szkodniki musiały się przed śmiercią z braku wody dobrze za niego wziąć. Wstał i poszedł w kierunku gdzie powinno być wyjście do następnej komnaty. Znalazł je. Zasłaniała je krucha szmata powieszona na drewnianej beleczce za pomocą metalowych kółek. Schylił się odsuwając ją bezceremonialnie na bok strząsając sobie na plecy kurz i przeszedł dalej.
Rozejrzał się. Był otwarty sarkofag, albo ołtarz i porozbijane skrzynie i sprzęty. Podniósł brew. Coś mu się tutaj nie zgadzało. Sala była, co prawda zdobiona i to kunsztownie, ale za słabo jak na tak duży obiekt kultu. Nagle zdał sobie sprawę, że sala ma kształt położonej litery L.
Podszedł do rogu i uśmiechnął się.
- A jest... skwitował.
W ścianie naprzeciwko była wybita spora dziura. Dokładnie w miejscu tak zwanych fałszywych drzwi. Gruz walał się dookoła, a porzucone narzędzia stały oparte pod ścianą. Dwa młoty i mały kilof. Podniósł kilof i zważył go w dłoni. Były to bardzo dobre narzędzia. Całkiem wartościowe biorąc pod uwagę obecny kryzys. Zanotował, by wychodząc zabrać je ze sobą. Dostanie za nie w mieście kilka monet. Ukucnął przy otworze i poświecił do następnej sali. Tuż przy murze była spora kupa szarego popiołu. Spojrzał pod nogi i wybrał przypominający igłę kawałek zaprawy. Rozgarnął kupę popiołu trzymanym kawałkiem gruzu. We wnętrzu był zegarek sprężynowy i kilka pierścionków.
Poczuł wewnętrzny niepokój. Zostawił znalezisko w spokoju i poświecił po sali.
Krańce, co prawda ginęły w mroku, ale widać było podest i piedestał, na którym był jakiś podłużny pionowy przedmiot. Wszedł do wnętrza wyciągając sztylet i rozejrzał się trzymając przed sobą latarkę i sztylet w wyciągniętej dłoni. Jakby coś się na niego rzuciło to nadzieje się na broń, pochwalił się w myślach.
Sala była pusta. Przynajmniej ten kawałek, który on widział. Wszedł do środka i ruszył blisko ściany przed siebie, świecąc we wszystkich kierunkach. Na ścianach były graficzne przedstawienia obrzędów. Szczegółowo opisane niżej, ale pisma i tak nie był w stanie zrozumieć. Za to malowidła przedstawiały wyjątkowo okrutnie i krwawe praktyki. Odwrócił się i podszedł z powrotem do wejścia. Ślad popiołu wydał mu się nagle strasznie przerażający. Poświecił na podłogę szukając śladów. Tutaj była tak nikła warstwa kurzu, że dopiero po chwili zauważył ślady. Te biegły w lewo i do ołtarza. Najpierw ruszył w lewo patrząc uważnie pod nogi. Dotarł pod ścianę gdzie nisza przechodziła w wąskie przejście do pomieszczenia obok. Zaświecił do wnętrza były w nim pokaźnej wielkości dzbany. Na podłodze leżały zwłoki. Poczuł nieprzyjemny dreszcz. Wszedł i pochylił się nad zwłokami. Odwrócił je do siebie. Zatrzeszczały. Zupełnie mumie, westchnął i zaczął obszukiwać kieszenie w poszukiwaniu tożsamości, albo czegoś, co mogło mu się przydać. Znalazł telefon komórkowy. Baterie dawno wyzionęły ducha, więc nie próbował go nawet teraz włączać. Znalazł także scyzoryk i kilka drobiazgów w postaci monet i kluczy, które już nigdy niczego nie otworzą. Wrzucił to wszystko do torby i ściągnął kamizelkę z ciała. Ta wbrew pozorom była w świetnym stanie. Miała mnóstwo kieszeni i pochodziła sprzed kataklizmu. Szczęście mu sprzyjało. Przeszukał spodnie i kieszeń na piersi koszuli. W spodniach znalazł portfel, otworzył go i przyjrzał się zdjęciu całkiem ładnej ludzkiej kobiety. Miała długie kasztanowe włosy i cerę o kolorze masła orzechowego. I ładne niebieskie oczy. Nazywała się... Margaret Higgins. Wieku nie było nawet, co ustalać. Wyciągnął z portfela pieniądze i plastikowe karty. Visa, MasterCard. Złota karta płatnicza, czytał w zadumie. Spojrzał na dłonie i szyję. Nosiła całkiem wyszukaną biżuterię. Co prawda z kolorowych kamieni, ale widać było, że metal lśni mimo wieku.
- Wybacz mi. Ale tobie to już nie jest potrzebne. spojrzał na pergaminową twarz kobiety i ściągnął z niej biżuterię starając się nie połamać palców.
Wszystko, co znalazł wrzucił niedbale do torby. Rozpiął koszulę i zaczął szukać przyczyn śmierci. Spędził chwilę nad tym, ale nie był w stanie niczego znaleźć. Kości były całe, nie było widać ran. Wstał i spojrzał na dzbany. Spomiędzy nich wystawała wyschnięta na wiór stopa w sandale.
Ostrożnie obszedł pierwszy dzban i spojrzał na zwłoki. Tak jak przypuszczał. Ten mężczyzna był karłem. I miał wielką brodę i masę splątanych włosów. Za życia musiał mieć ciemną karnację. Przeszukał zwłoki, jedynym godnym uwagi znaleziskiem był zakrzywiony nóż. Pochwa była zdobiona złotem i cennymi kamieniami. Wyciągnął ostrze na widok, srebrny metal lśnił jakby go wykuto niedawno. Z czcią przywiązał łańcuszki do swojego pasa i wstał. Oparł się dłońmi o urnę, po czym podniósł jej wieko i zajrzał do środka.
Wewnątrz były wysuszone na wiór nagie zwłoki. Postać była łysa i zwinięta w pozycję płodową, więc nie udało mu się rozpoznać płci. Sprawdził pozostałe dzbany. We wszystkich było to samo. W niektórych ilość zwłok była większa, ale te ciała już należały do dzieci. Jeżeli wcześniej czuł się niepewnie to teraz czuł się naprawdę nieswojo. To miejsce było ośrodkiem jakiegoś krwawego kultu. Wyszedł i podążył śladami trzeciej osoby. Zgodnie z podejrzeniami prowadziły dookoła wszystkich ścian aż do kupki popiołu. Przeszukał ją teraz bez najmniejszego drgnienia sumienia. Zabrał zegarek i wszystko, co znalazł. Nie zostawił nawet guzików. Przeczesując popiół znalazł złożone okulary i bransoletkę. Było na niej coś napisane, ale nie był w stanie zrozumieć języka, w którym wykonany był grawer. Wstał i poświecił na piedestał. Podszedł wolno trzymając latarkę przed sobą. Podłużny przedmiot okazał się skórzaną tubą. Co dziwniejsze nie było po niej widać nawet śladu czasu, który nadgryzł resztę grobowca. Stanął na podeście i zdmuchnął kurz. Tuba była wpuszczona w kamień. A przynajmniej we wgłębienie w nim. Przesunął nad nią ręką.
Poczuł delikatne drganie powietrza w odległości mniej niż centymetra od powierzchni piedestału. Więc jednak było to to, czego szukał. Sięgnął do torby przy pasie i wyjął z niej siedem lnianych zawiniątek, największa była wielkości dwóch złączonych pięści. Każde z nich wydzielało lekki kwaśno-gorzki zapach.
Powąchał największą i położył ją przy piedestale. Resztą ułożył pod ścianami a przed ostatnią w pomieszczeniu z urnami. Wycofał się tyłem i w tym momencie wczuł obecność w komnacie. Odwrócił się wyciągając zakrzywiony nóż z pochwy i poświecił wolno po komnacie. Szybko zauważył kłębiącą się cienistą postać trwającą niewzruszenie obok piedestału. Przełknął ślinę.
- Demon... Żeś go... No kurwa, pies by to jebał... mruknął pod nosem i rzucił ostatnie zawiniątko pod wyłom w murze.
Nie spuszczając wzroku z cienia wyciągnął z torby gruby kłębek drutu zakończony małymi rureczkami. Spłonki.
W jego umyśle zagrzmiał nagle czysty, ale wyraźnie obcy głos.
- Zginiesz jak spróbujesz naruszyć spokój ołtarza.
Spojrzał czujniej na demona. Były dwie opcje. Albo był wkurwiony tym, że dał się złapać do pilnowania takiego miejsca, albo znudzony jego pilnowaniem. Trzymały go wtedy jednak rozkazy osoby, która go przywołała. Bez rytuału demon ciągle musiał wykonywać polecenie.
- To miejsce zostało mi powierzone w opiekę i ochronę. Jesteś intruzem. To świątynia Boga. Precz. poczuł jak zadrżał mu mózg. PRECZ!
Spojrzał na demona. Gra się zaczęła. Po kolei łączył ze sobą ładunki do wspólnego drutu. Nie mógł jednak podejść do ostatniego ładunku przy piedestale.
- Pieprzysz. warknął. Nie jesteś demonem strażniczym. Inaczej zabiłbyś mnie zanim przeszedłbym dziurę w murze.
Przez chwile demon milczał.
- Jesteś inteligentny Śmiertelniku. głos ciągle nie zdradzał żadnych emocji. Był strasznie obcy. Nie miał akcentu.
- Myślę po prostu logicznie. Więc może porozmawiamy? zaproponował.
Demon zmaterializował się tuż przed nim w czasie, w którym dopiero impuls nerwowy jest ułamek trasy po wyzwoleniu bodźca.
Jego twarz... Twarz demona wyglądał bardzo ptasio. Niczym głowa drapieżnego ptaka. Reszta ciała przypominała mu ciała z sali cierpienia, tyle, że nogi demona zginały się w kolanach do tyłu kończąc się potężnymi szponami.
- A więc dobrze. rzekł demon. Nie mógł nie spojrzeć w wirujące czerwone oczy demona. Lub w miejsca gdzie ma się oczy. Te przypominały krwistoczerwone wiry.
Przełknął ślinę. O mały włos a by spuścił ładunek z jelit prosto w spodnie.
- Skoro nie jesteś strażnikiem to, jakie masz zadanie? Bo dla przyjemności u chyba nie siedzisz.
Cień zawirował gęsto. Przez chwilę zdawało mu się, że powiedział słowo za dużo, ale demon odrzekł niewzruszenie.
- Strzegę tej komnaty przed złodziejami. Dopóki ktoś nie tknie tego, czego strzegę, póty ja trwać będę na tym padole. Zła ty była pora jak przywołany zostałem. Ofiary mi złożono. Z krwi i niewinności. Więc ja przez trzy koniunkcje planet ołtarza opiekunem jestem.
Musiał przyznać, że dało mu to całkiem sporą ilość wniosków.
- Czas się dopełnia. Służba się kończy. Coś się kończy, coś się zaczyna.
- Ile jeszcze pozostało ci czasu? nie patrzył na demona tylko na ładunek pod piedestałem.
Skręcał nerwowo obnażoną miedź z kabli by zrobić połączenie wszystkich spłonek.
- Dla was czas jest inny. Nie poznasz jego wartości bez wieczności. Nie ma znaczenia. Nie pojmiesz tego póki nie umrzesz.
Zanotował w pamięci: Powiedzieć Klesze, że przeprasza go za szydzenie z jego twierdzeń o życiu po życiu. Wychodzi na to, że wszyscy pójdą do piekła.
Demon znowu przemieścił się w sali tak jak poprzednim razem.
Westchnął głęboko, zawartość żołądka przewróciła mu się z nieprzyjemnym piskliwym odgłosem. Wziął kilka głębszych oddechów.
- Więc skoro twoja służba się już kończy to ja też musze zrobić swoje.
Ruszył niepewnie w stronę piedestału trzymając ostatnią wolną spłonkę w dłoni. Krok przed podwyższeniem demon pojawił mu się na drodze.
- Zginiesz. Krok więcej a poznasz, czym jest trwające milenia cierpienie i ból. Poznasz je nim zdążysz zamknąć oczy.
Przełknął ślinę i cofnął się o krok. Pomniejsze ładunki były za słabe by zdetonować zawartość piedestału. Istniała, co prawda nikła szansa na to, że wybuch może pobudzić ostatni ładunek. Była niewielka. Demon zanim zdążyłby odpalić zapalnik rozszarpał go na strzępy, albo wymyślił coś jeszcze gorszego. Odwrócił głowę i spojrzał w kierunku pomieszczenia, w którym leżały dwa wysuszone trupy.
- Kurwa. warknął.
- Odejdź Śmiertelniku. dłoń demona drgnęła i wskazała mu dziurę w ścianie.
Przyciągnął do siebie jeden z ładunków. I nagle mu coś zaświtało. Chwycił zawiniątko i cisnął nim w demona. Ten zmaterializował się obok, jakby nic się nie stało. Zawiniątko jednak wylądowało obok głównego ładunku. Uradował się w duchu. Teraz tylko musiał udać, że naprawdę chciał trafić demona. Rzucił w niego jeszcze otoczakiem z rzeki, którego używał do rozmasowywania sobie mięśnia uda. Demon znowu uniknął ciosu w ten sam sposób jak poprzednio. Wyrzucił jeszcze kilka nieprzydatnych drobiazgów z furią ciskając je w demona, ten skrzętnie unikał miotanych przedmiotów.
- To bezcelowe. Odejdź. Twoja misja się nie powiodła heretyku.
- Obyś sczezł do cholery!
Odwrócił się i kipiąc udawaną wściekłością, jednocześnie błagając opatrzność w duchu by dała mu wyjść z tego przeklętego miejsca w jednym kawałku. Z walącym sercem przeszedł przez dziurę w murze i odwrócił się. Demon zniknął.
Kucnął i zamontował budzik sklecony z bateriami górna wskazówka była nałożona na oś na cienkiej jak skóra warstewce gumy. To izolowało ją skutecznie od reszty zegara. Do każdej wskazówki był zamontowany drucik od sklejonych taśmą trzech baterii 9V. Końcówka krótkiej wskazówki była zagięta tak by przy odpowiedniej godzinie zetknąć się z wskazówką minutową i zamknąć obieg.
Spojrzał piedestał. Demon musiał zniknąć jak tylko opuścił salę. Podłączył plusa do wskazówek a resztę kabla podłączył do wspólnego minusa. Jak wskazówki się zetkną nastąpi wybuch. Proste rozwiązanie, które sprzedał mu pewien weteran, służący niegdyś w wojsku jako saper. On sporządził dla niego ładunki i zorganizował kable oraz budzik.
Nakręcał z czcią budzik, po czym nastawił duża wskazówkę na dwunastą a małą na pierwszą. Miał dziewięć minut. Przemyślał to i nastawił ją na za dwie dwunasta. I wcisnął wypustkę. Budzik zaczął tykać
Podniósł wzrok.
Demon stał przed dziurą i wpatrywał się w niego.
Opuścił ze strachem wzrok. Tak jak myślał. Demona zamykały te znaki na ścianach suficie i podłodze. Był jak w klatce.
- Podła sztuczka. Będziesz wił się jak robak jak tylko usuniesz barierę.
Zastanowił się nad tym chwilę, po części demon miał rację. Po części. Jak zniszczy to, co trzyma demona na tym świecie. Demon nie dopełni umowy i spotka go jakaś kara. Zapewne bardzo bolesna. Uśmiechnął się i wstał. Budzik tykał sobie wesoło nieświadom, że zaraz zostanie rozerwany i pogrzebany pod tysiącami ton piasku.
Wstał i zaczął wolno iść po śladach. Ciężko było to zrobić z uwagi na to, z jaką mocą demon rzucał teraz przekleństwami w języku, którego z pewnością nie chciałby poznać. W jednej chwili postanowił biec, nie wracając idealnie po śladach. Niech opatrzność nad nim czuwa. On nie miał czasu. Bał się pułapek. Śmiertelnie się ich bał. Mimo tego wrócił się i zabrał narzędzia. Zarzucił je na ramię i trzymając latarkę w zębach zaczął biec.
Liczył szeptem czas. Dotarł to zejścia na drugi poziom bardzo szybko. Wpierw rzucając przodem narzędzia. Ześlizgnął się po ścianie obijając sobie palce i uderzając za mocno stopami w podłoże. Trochę bólu go nie zabije. Chwycił narzędzia i tym razem biorąc latarkę w dłoń, biegł do przodu. Serce waliło mu jak oszalałe, gdy biegł przez mroczne i puste sale. Kroki odbijały się stłumionym echem po korytarzach. Dobiegł do zasypanej przez piach komnaty w momencie jak doliczył do 439. Zaczął się wspinać.
Okazało się, że nie przewidział jednej rzeczy. Piach był nadzwyczaj sypki. Usiadł na piasku i zaczął odgarniać go ze stopni. Szybko wykalkulował, że nie zdąży. Zaplątał dwa młoty w pas od torby i uderzając kilofem w schody z piaskowca. Używał tego narzędzia jak czekana, i całkiem szybko doszedł na górę. Doliczył do 673 jak już stał prawie na krawędzi. Wyczołgał się na piach i ciężko dysząc rzucił się przed siebie ciągnąc za sobą obydwa młoty. Kilof trzymał pod pachą i biegł. Biegł aż doliczył do 700.
Zatrzymał się i spojrzał w kierunku ceglanych ruin sterczących z piasku.
Chwile potem rozległ się potężnie stłumiony wybuch. Z tunelu wydobył się słup pyły i głośny trzask. Powierzchnia pustyni zafalowała się i zapadła z ogłuszającym plaśnięciem. Nagle z piachu wystrzelił wysoki i długi język wściekle czerwonego ognia.
Patrzył na to bez emocji. Czuł tylko potężne wibrowanie wgłębi czaszki. Jęzor zachwiał się na wietrze i rozwiał się w podnoszącej się niewielkiej chmurze pyłu.
Wibracja ustała. Stał jeszcze chwilę. Nic więcej się nie wydarzyło. Usiadł na piachu i wyciągnął manierkę. Zwilżył nos, oczy i uszy a potem przepłukał pysk.
Westchnął i zaczął nucić Marsz Imperialny. Jak skończył ostatnią nutę napił się wody aż ugasił pragnienie i schował manierkę. Wstał i ruszył raźno na wschód. Do wioski była daleka droga...














Comments
Kocham Cię, Kotku <3
Mi się podoba, jak wszystko co Twoje... <3
--
FAQ #568: How can I get more pageviews?
[link] | [link]
--
1'st Paranormal in Breslau. - Proud to be a Furry.
--
FAQ #568: How can I get more pageviews?
[link] | [link]
Bo moja galeria biedna jakaś xP
A ten rysunek... ^^ Sam wiesz
A poza tym: czemu Kotka nie ma na gg? :>
--
FAQ #568: How can I get more pageviews?
[link] | [link]
--
1'st Paranormal in Breslau. - Proud to be a Furry.
--
1'st Paranormal in Breslau. - Proud to be a Furry.
--
FAQ #568: How can I get more pageviews?
[link] | [link]
--
FAQ #568: How can I get more pageviews?
[link] | [link]
--
1'st Paranormal in Breslau. - Proud to be a Furry.
Previous Page123Next Page